Ewa Rajska “Manifest”

Ewa Rajska

Manifest

Miasto ugrzęzło w śmieciach. Ulatniało się i następnie natychmiast rozpuszczało w resztkach odpadów, nieczystości, złomu i wszelkich innych obrzydliwości. Śmiecie wypełniało każdą szczelinę, każdy zakątek, wszystkie podwórka, ulice, dziedzińce. Wydawało się, że jutro weźmie w posiadanie i opanuje ludzkie domy i mieszkania. Wkroczy do kuchni lub do sypialni. Jego brudne resztki wejdą pod swetry i spodnie. Pod koronkowe suknie i pod czarne spódnice. Wielkim kłębkiem będzie uwijało się wokół ludzkich szyj i zamiast szalików ogrzewało ichnie ciała. Zima powoli przygasała, ale jej srebrne nicie śniegu wciąż jeszcze przypominały o styczniu, który w tym roku szczególnie doskwierał mieszkańcom. Pod białymi nawarstwieniami śniegu śmiecie było ledwo widoczne, ale jego ostry zapach przeszkadzał nawet tym, kto szczelnie zamknął swe drewniane okna i na długie trzy miesiące uszczelnił je silikonem. Mimo wszystko, ta zima była błogosławiona. Albowiem kiedy nadchodziła wiosna albo, broń Boże, nagle wkraczało nieoczekiwane lato, śmiecie stawało się główną niepokonywaną dolegliwością w życiu mieszkańców. Przyszedł czas na potwornie makabryczne trzydziestostopniowe upały. Ludzie nagle i nieoczekiwanie zaczęli chorować na dziwną jakąś bolączkę. Najpierw u nich strasznie piekło w gardle, potem zaczynał się katar lub zapalenie spojówek, a kulminacją wirusa były ciągłe wymioty i bóle w brzuchu. Wreszcie śmiecie tak rozlazło się po mieście, że na każdy metr ulicy niosło ze sobą groźne zarazki. Nawet soczyste owoce, sprzedawane przez niskich azerbejdżańskich straganiarzy na rynku, były zakażone. Znużone pojemniki, z których wysypywano tony śmieci, stały na samym środku bazaru. Śmiecie było wszędzie. Spadło na miasto niczym dżuma i stało się przyczyną totalnego nieszczęścia mieszkańców.

Za parę miesięcy, bodaj w lipcu, całe miasto ogarnął święty strach. Ludzie bali się wyjść na ulicę, kupować żywność, suszyć bieliznę na balkonach, pić kawę na tarasach, czytać książki w bibliotekach. Wreszcie oni bali się oddychać powietrzem, które, jak byli przekonani, jest całkowicie przesiąknięte nieznaną chorobą śmieciową. Wówczas oni godzinami, dniami, tygodniami i miesiącami zostawali w domu. Tylko od czasu do czasu bojaźliwie wystawiali swe głowy przez wąskie szczeliny uchylonych drzwi, by choć troszeczkę pooddychać. Strach zamieniał ludzi w uległych więźniów, którzy potrafili wykonać każde zadanie. Nawet takie, które im nie bardzo pasowało. Strach okazał się kimś, komu najlepiej udało się manewrować i sprytnie żonglować ludzkimi głowami, sercami i myślami. Ze strachu ludzie milczeli, ukrywali się, uciekali, nie spali, nie jedli i nic nie mówili. Tylko z rzadka, kiedy strach ustawał na jakąś chwilę, ludzie zbierali się przy merostwie i wykrzykiwali swe odważne hasła: „Nie chcemy żyć wśród śmieci!”, „Precz ze śmieciem!” Odruchowo powtarzali te same wypowiedzi i ruchy. Czasami ktoś najbardziej bojowy rzucał worek ze swoim śmieciem pod oknami jednego z rzekomych „winowajców” śmieciowego kryzysu. I w taki bumerangowy sposób zaczynali rzucać śmieciem jeden w drugiego do samego rana, aż strach znowu wracał do nich.

Śmiecie, jak nic innego, potrafi opowiedzieć ludziom o nich samych. Wystarczy otworzyć bodaj jeden worek ze śmieciem i popatrzeć, co w nim jest. Na olbrzymich wysypiskach każdy plastikowy worek zawierał oddzielną historię ludzi. Któryś z nich był rozdarty. Z niego obficie wylewały się stare pożółkłe koperty i pocztówki. Wzięłam je do ręki. Przeczytałam wszystko, co było na nich napisane długopisem. Była to bardzo dziwna i chimeryczna korespondencja jakiejś siedmioletniej dziewczynki z psem. Na dnie tego wyrzuconego worka było kilka jednakowych porcelanowych lalek z rudymi kręconymi włosami, dwie butelki z perfumami o zapachu goździki oraz mnóstwo białych kartek papieru. Nie było tam żadnych śmierdzących odpadów, zgniłych resztek po jedzeniu czy jeszcze czegoś w tym rodzaju. To był jedyny worek pachnący suszonymi goździkami. Obok leżał stary kredens w stylu art nouveau. On był taki piękny, że postanowiłam przytaszczyć go do domu. Ale moją uwagę znowu przykuł list napisany przez psa:

„W naszym mieście jest coraz mniej psów. Przynajmniej nie widzę ich. Albo są to po prostu inne psy. Nie takie, jak ja. I też prawie nie zauważam ludzi. Lub nie chcę ich zauważać. Oni odpędzają mnie i mówią, że jestem brudnym bezpańskim psem. Na szczęście, wciąż jeszcze mam dom. I mam ciebie. Do zobaczenia. Ściskam łapą.”

Tego wieczoru założyłam moją bordową welurową sukienkę i znów wybrałam się do największego wysypiska. Nie byłam sama. Było nas czterech – takich poszukiwaczy jak ja. Zrobiliśmy z dziesięć zdjęć. Welurowe kosmki delikatnym aksamitem lśniły na tle świateł od latarni i czarnych workowych odpadów. Ludzie, którzy pojawiali się od czasu do czasu w wyblakłym wieczornym świetle, gapili się ciągle, po czym, zdegustowani, mówili: „Fotografować się ze śmieciem??? Fe!” Niby to nie oni powyrzucali tu tyle śmieci. I niby to nie oni doprowadzili to miasto do takiego brudu. Ale nie myślałam o ludziach. Moje myśli zawładnęły psie listy i fotografie, z których w przyszłości mógł powstać nowy projekt artystyczny. Tak wtedy myśleliśmy – czterech poszukiwaczy na wysypisku. Stałam w mojej ulubionej welurowej sukience, lekko postukując o bruk cienkimi obcasami czarnych bucików. Lampa błyskowa łapała ciepłe promienie od miejskich latarni. Moje nogi zanurzyły się w czarnej głębi stosu śmieci. Czułam, że obcasami przecinam kartonowe pudełka. Przez dwadzieścia minut stałam nieruchomo wśród całego tego gruzowiska. Na ulicy była północ, księżyc subtelnie oświetlał ulicę. W mieście wszystko było pozamykane, było cicho, pusto i jałowo. Tylko jedna miejska knajpa, otwarta w nocy, uprzejmie bawiła swoich gości dżezową muzyką i białym winem. Zamówiłam sobie amerikano z podwójnym bardzo gorącym mlekiem. Czułam, że od mojej sukni cuchnie śmieciem. Był to zapach, którego nie da się opisać dokładnie, ale on wyraźnie odróżnia się od innych. Miałam wrażenie, że wszyscy gapią się na mnie. Ale w rzeczywistości wszystkim było obojętnie i mnie to kapitalnie uspakajało. Wróciłam do domu.

W moim mieszkaniu pachniało pleśnią, starymi monetami, zżółkłymi pocztówkami, filiżankami z niedopitą kawą. W domu rozmawiały ze sobą popękane drzwi, zielone szafy i fotele. Ściany były przesiąknięte starym duchem pleśni. Ściany były zamieszkiwane przez pomarszczonych ludzi z papieru gazetowego. Oni głośno spali lub cicho krzyczeli o swoich wymyślonych galeriach. W tym domu wszystko było nie tak, jak trzeba. Zatłuszczona podłoga pokryta grubą warstwą brudnej pajęczyny. Łóżko – niczym znoszona odzież pośród wielkiego salonu – niezaścielone i wymięte, stękało od nieznośnej samotności i nudy. Kwiaty w wazonie dawno zwiędły. Wszędzie latały muchy. Zaglądały do talerzy z resztkami jedzenia, wylizywały ze słoików ostatki dżemu malinowego. Zegar stanął na 9:30. W glinianych miskach ze zgniłymi pomidorami siedziały głodne osy. Naiwne! Myślały, że pomidory są słodkie. Okno było lekko uchylone. Stamtąd donosił się słodki wiatr. On delikatnie trzepotał koronkową firanką, która na tle szarych ścian wyglądała jak płomyk słoneczny. Na kuchence zakrzepły wielkie plamy po dawno temu ugotowanym jedzeniu.

Bardzo zmęczona, położyłam się na podartej kanapie. Białymi palcami wytarłam kurz z kredensu. Mieszkanie wyglądało jak stary dziad czy brudny bezdomny. Był to najpiękniejszy mój dom. Głęboki i niezmierzony. Specjalnie nic nie wyrzucałam z domu, by po każdym powrocie znowu poczuć jego rodzimy zapach. Specjalnie zostawiałam wszystkie rupiecie, które zagnieżdżały się na ścianach i na drzwiach, na oknach i pod etażerkami. Otworzyłam balkon pokryty pajęczyną i patrzyłam, jak pojawiają się pierwsze sylwetki chudych sprzątaczy w pomarańczowych kamizelkach. Miasto lekko świeciło bursztynowym promieniem wrześniowego powietrza. Miasto lśniło niebywałą czystością. Tego dnia w mieście nie było więcej śmieci. I wszystkich zagubionych liter na wyrzuconych listach czy pudełkach też nie było. Miłe psy i pachnące miejskie aromaty powróciły na swoje podwórka. Uwolnieni od strachu, ludzie śmiało wychodzili na ulice i znowu się oburzali. Dziwili się, gdzie podziały się pojemniki na śmiecie. Znowu protestowali i krzyczeli swe wspólne hasła: „Oddajcie nam pojemniki! Oddajcie nam nasze śmiecie!” Ludzie stali, chodzili, biegali, tańczyli ze swymi tandetnymi transparentami, cali obwieszeni mokrymi odpadami i resztkami jedzenia. Ich ręce były pełne ciężkich toreb. Wszystko, co zgromadzili u siebie w domu, chcieli wreszcie wyrzucić na ulicę. Oni nieustannie protestowali, oskarżając się nawzajem o brak nowego miejskiego śmiecia. Siedziałam na moim przytulnym balkonie i cicho ich obserwowałam. Cały ten groteskowy kalambur protestów, co szybko toczył się miastem. Podziwiałam stare lampy i fotele. Kredensy i szafki. Listy i książki. Kosze i porcelanowe lalki. Wszystko, co znalazłam na wysypiskach. Każdy przedmiot miał swoją historię, która nieskwapliwie ukrywała się za hałaśliwymi manifestami ludzkiego zamieszania.

 

Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Wiera Meniok

Zdjęcie: Oleksandr Maksymov

Коментарі